niedziela, 9 stycznia 2011

- autor nieznany -

spacer

czarna smoła na niebie
puste samotne ulice
drzewa płaczą
a ja idę
na pociąg mojego życia
życia lub śmierci...
po policzkach deszcz pada
ide na pociąg śmierci
gwiazda płonie
latarnia świeci
          ...
wróciłam
lecz ciągle pada
Hartwig Julia

KTOREJS NOCY

KTO WYPROWADZIL CIE NA TE PUSTE ULICE
KTORYMI CHODZISZ O ZMIERZCHU SAMOTNY
TY KTORY TAK BARDZO NIE LUBILES SAMOTNOSCI
PO LATACH TULACZKI
KTOREJS NOCY ZAWOLALES MNIE
ZAWOLALES MOJE IMIE
ALE ZNALAZLAM TWOJE LOZKO PUSTE
I NIE BYLO CIE W ZADNYM POKOJU
NIE BYLO CIE W CALYM DOMU
Lechoń Jan

Obżarstwo i pijaństwo

Od wspaniałych się zastaw ciężko stół ugina,
Białe strzępy chryzantem pośród gorsów bieli,
Nalewam wciąż kieliszek, choć nie lubię wina,
Ale będę pil dzisiaj, aby mnie widzieli.

Jutro przyjdę tu także. Nic mnie to nie męczy:
Już trzecią noc się bawię bez zmrużenia powiek,
Nie tańczę, ale słucham jak muzyka brzęczy.
Nie jestem gorszy od nich. Jestem zwykły człowiek.

Lecz nagle myśl jak piorun: "Skąd tu ja we fraku?".
Z hukiem pęka butelka, ciśnięta o ścianę.
Idioci! Wasze wino - wszystko fałszowane.
Zęby pić takie świństwo - trzeba nie mieć smaku.
Tuwim Julian

Zdarzenie na próbie


Na próbie rewii w pustym teatrze
Wiał z mrocznej sceny piwniczny chłód,
Komik, markując, trzy po trzy plótł
Rozśmieszające nikczemne słowa.
Nie było świateł, jaskrawych złud,
Nie było masek, pozorów umownych,
Zmyśleń czarownych wieczornej elektry,
Nie było magicznego, uwodnego spektru
Gorejącego w orkiestrze metaliczną łuną,
Nic.
Surowa była i grobowa
Głęboka scena kabaretowej rewii.
Komik bełkotał nagie, pieniężne słowa
Na tle wisielczej sznurowni
(Straszny jest teatr odarty z ułudy)
I pięćset krzeseł, audytorium nudy,
Zajęły smutne, bezforemne widma,
Chrząkające coraz wymowniej,
Że ta sala, jak na śmierć, jest za widna,
A jak na życie - zbyt ciemna.
Nie są to żadne alegorie ani metafory.
Dosłownie:
Zasiadły stłamszone pokrowce-upiory,
No i - fochy, pretensje, humory...
I zaczęły sączyć mżące, słotne światło,
Jak na neurastenię chore reflektory,
Albo inaczej:
Wszystkie zaczęły ćmić
Wilgotne papierosy z jesiennych, miejskich liści.
Albo tak:
Gazowe lampy owinięto krepą,
A dzwonom z mokrej waty
Kazano requiem bić.
Summa summarum:
Jak gdyby w lesie,
Na Litwie,
Listopadowym w deszcz wieczorem,
Po omacku, na oślep,
Chory.

Komik zeszedł ze sceny bez braw,
Zziębnięty. Tarł ręce.
- "Ależ tu jak w psiarni, dyrektorze"...
Nie widział upiornej gapy ani śmiertelnych spraw.
- "Tak, tak"... - odrzekłem. I nie odezwałem się już więcej.
Napływało szare, pochłaniające morze.

czwartek, 6 stycznia 2011

Staff Leopold

Zima

Całunem śniegu przysypany, biały
Park w szarą ciszę pogrążył się cały
I z jakichś głuchych tęsknot się spowiada.
Drzew nagich długa ciemna kolumnada
Wije się sennie i w dali gdzieś ginie,
Wije się cicho po białej równinie
I biegną ławki aleją szeregiem,
Samotne, puste, ubielone śniegiem.

Nic nie zostało z naszej złotej wiosny,
Gdy nas upajał pierwszy szał miłosny,
Gdyśmy uściskiem zaręczeni, sami
Mówili z sobą jeno całunkami
I razem duszę mieli tylko jedną,
I w jasne szczęścia lecieli bezedno,
A ponad nami lipa rozgwarzona
Błogosławiące wznosiła ramiona.

Tu była szczęścia świątynia. Pamiętasz?
A dzisiaj tu mój cichy, biały cmentarz...
Pod miękkim śniegiem, jak zwarzone róże
Lub jak jaskółki, co zamarzły w chmurze,
Śpią pocałunki nasze mrozem ścięte,
A w nagich drzewach sny nasze, zaklęte
W szare pnie, drzemią wśród cichej żałoby...
Choć nie ma krzyżów, wszędzie białe groby.

Gdyby pył śniegu gdzieś z gałęzi szczytnej
Stoczył się i dźwięk srebrny, nieuchwytny
Budząc potrącił drugi w swej pogoni,
Wnet park stustrunną gędźbą się rozdzwoni,
Szeptem słów, miękkim pocałunków echem,
I ty przybiegniesz, i z srebrzystym śmiechem
Ramiona białe rzucisz mi na szyję...
Zagwarzą drzewa, park cały ożyje...

Lecz wkoło cisza taka jak w kaplicy,
Gdzie leży zmarły w mroku tajemnicy,
Gdzie mówić głośno nie wolno przy trumnie...
Strach mi, że gdy wstecz spojrzę, na całunie
Śnieżnym zobaczę twoje białe zwłoki,
A w bladej twarzy cień smutku głęboki,
Z tą łzą rozstania skrzepłą, skamieniałą...
Nie śmiem wstecz patrzeć!... tak cicho... tak biało...
Śliwiak Tadeusz

Okno z widokiem na mur

ten wysoki mur
zapisany cegłą na cegle
milczy o wszystkim co jest za nim
mur, nieświadomy partner
twojej bezsilności
noc oblewa go wapnem księżycowej poświaty
chowają się przed nim twoje paznokcie
ten mur może cię zabić i pogrzebać
ale nie robi tego
bo niczym mu nie zagrażasz
twoje okno otwiera się w jego stronę
a mur trwa
jak zastygły czas bez przyszłości


(z tomiku "Słownik wyrazów światłoczułych" 1988)
Różewicz Tadeusz

Róża

Róża to kwiat
albo imię umarłej dziewczyny.

Różę w ciepłej dłoni można złożyć
albo w czarnej ziemi.

Czerwona róża krzyczy
złotowłosa odeszła w milczeniu.

Krew odeszła z bladego płatka
kształt opuścił suknie dziewczyny.

Ogrodnik troskliwie krzew pielęgnuje
ocalony ojciec szaleje.

Pięć lat mija od Twej śmierci
kwiat miłości, który jest bez cierni.

Dzisiaj róża rozkwitła w ogrodzie
pamięć żywych umarła i wiara.
Asnyk Adam

Kwiat paproci




Zakwita w puszczach dziwny kwiat paproci,
Na jedna chwile w tajemniczym cieniu
Cały świat blaskiem czarodziejskim złoci,
Lecz można tylko dotknąć go w marzeniu.

Młodość, co wierzą sama cuda tworzy,
Umie go dojrzeć w cudowności lesie,
Żadne widziadło w biegu jej nie strwoży
Pewnej, że skarb ten na sercu uniesie.

A choć nie uszczknie kwiecia ideału,
Co pod jej ręką jako sen przepada,
Jednak ma chwilę ekstazy i szału,
W której jest pewną, że niebo posiada,

Gdy się dwa serca spotkają tęskniące,
Pełne nadziemskiej piękności i żalu,
Gdy objawienie miłości jak słońce
Na ust spłonionych zabłyśnie koralu;

Gdy po raz pierwszy drżące a wstydliwe
Te usta w jeden pocałunek spłyną,
Gdy przez nie dusze połączyć się chciwe
Jako dwie fale w oceanie giną -

Natenczas w uczuć wezbranych powodzi,
W tej błyskawicy duchów idealnej,
Kwiat ów cudowny tajemniczo wschodzi
I w pocałunku kwitnie niewidzialny!

Tyle też jego trwania. Gdy z zachwytu
Zbudzona dusza chce go ująć w dłonie -
Zniknął bez śladu... Tylko wśród błękitu
Zostały po im jakieś dziwne wonie.
Pawlikowska-Jasnorzewska Maria

Motyl

dotknęłam pana jak motyl egretą
przepraszam
to było niechcący
pan jest jak czarny irys smutny i gorący
zapomniałam
że jestem kobietą

Sylwester 2011 !!!

Posted by Picasa
Posted by Picasa